Gibson Les Paul Studio

nie jest przesadnie zdobiony, tak jak jego starszy brat - Gibson Les Paul Standard. Z założenia gitara miała spełniać oczekiwania muzyków pracujących w studio (stąd nazwa modelu), gdzie strona wizualna nie jest tak ważna jak walory brzmieniowe. (więcej)

Istnieją gitarzyści, którzy

potrafią zagrać całe utwory, wykorzystując jedynie technikę flażoletową. Wymaga to jednak nienagannej techniki i czystości wydobywania dźwięków. (więcej)

Gitara Gibson J-45

zastąpiła swego czasu model J-35. Jednak to jakość i brzmienie czterdziestki piątki uczyniła z niej model kultowy i obiekt pożądania gitarzystów na całym świecie. (więcej)

W 1948 roku

Les Paul uległ wypadkowi, po którym wymagana była długa rehabilitacja łokcia. Ten właśnie fakt w dużej mierze wpłynął na konstrukcję i kształt korpusu gitary Gibson Les Paul. Instrument musiał być dostosowany do kontuzji by grało się na nim komfortowo. (więcej)

Tagi

  • Queen
  • Adam Lambert
  • Koncert
  • Zespół
  • Wtrocław
  • Stadion Miejski
  • Brian May
  • Freddie Mercury
  • Ira
  • Zespół Rockowy

Queen i Adam Lambert - koncert na Stadionie Miejskim we Wrocławiu

7 lipca na Stadionie Wrocławskim światowa legenda rocka – Queen – wraz z Adamem Lambertem – zwycięzcą amerykańskiego Idola rozgrzali i wzruszyli trzydziestotysięczną publiczność.

O godzinie osiemnastej rozpoczął się długo wyczekiwany festiwal „Rock in Wrocław”. Z minuty na minutę przybywało fanów, którzy wsłuchując się w brzmienia supportowych zespołów – Ira, Mona oraz Power of Tirnity – oczekiwali na pojawienie się na scenie kultowego, niezapomnianego w historii muzyki zespołu.

Gdy temperatura na dworze ochłodziła się, a stadion po przerwie stał już w półmroku na scenie pojawiło się Queen, które rozświetliło i ociepliło publikę tematem przewodnim filmu "Flash Gordon". Zachwycona publiczność oczekiwała już tylko na rozwój tego emocjonującego wydarzenia. I takie ono było… Energiczne „Don’t Stop me Now”, „Radio Ga ga”, “I Want To Break Free”, chóralne „Somebody to Love”, nagrodzone owacjami „Who Wants to Live Forever” oraz perełki – „We Will Rock You”, „Another One Bites The Dust”, czy “The Show Must Go On”. Podczas wrocławskiego koncertu Queen zagrało dla swoich fanów każdy utwór, jakiego mogli oni oczekiwać. Każdy z nich poprzedzony był ogromnym entuzjazmem i wyrażeniem poprzez oklaski podziękowań ze strony publiki.

Na specjalne uznanie zasłużył Brian May, który podczas koncertu pokazał kunszt, klasę i doświadczenie. Swoją pięciominutową solówką wprawił publiczność w zachwyt i wzruszenie. Podczas „Love of My Life” na telebimie ujrzeć można było postać Freddiego Mercury’ego, obecni na koncercie z pewnością przyznają, że duch legendarnego wokalisty uniósł się nad wrocławskim Stadionem. Podczas „Crazy Little Thing Called Love” Lambert uklęknął przez gitarzystą, oddając mu cześć i szacunek.

Stadion zadrżał od oklasków i okrzyków, gdy u boku Lamberta pojawił się Roger Tayler, by wraz z nim wykonać „Under Pressure” i „A Kind Of Magic”. Był to kolejny, widoczny dowód na to, z jak wspaniałymi artystami miała do czynienia publiczność i jak piękne emocje wywołać mogli oni po raz kolejny u swych fanów. Koncert zakończył się wzruszającymi brzmieniami „Bohemian Rhapsody”, z którego Queen uczyniło artystyczne zwieńczenie. Utwór rozpoczął sam zespół, wkrótce na telebimie ponownie pojawił się Freddie Mercury. Jego wspaniały głos subtelnie przeszedł w teledysk do piosenki, by Taylor, May i Lambert mogli zakończyć ją wspólnie. Zespół nagrodzony został ogromnymi oklaskami i nic dziwnego, że Queen nie miało śmiałości zejść ze sceny! Proszeni o bis wykonali „Tie Your Mother Down”, „We Will Rock You” i „We Are The Champions”, a polska publiczność niemal wyszła z siebie, śpiewając refreny, tańcząc i klaskając do rytmów niezapomnianych przebojów.

Choć pod wielkim znakiem zapytania stał efekt pojawienia się u boku zespołu Adama Lamberta, to prawdopodobnie każdy przyzna, że nowy wokalista spisał się dobrze. Choć niektórzy mogliby zarzucić mu chęć upodobnienia się do zmarłego już Mercury’ego poprzez ruchy, czy stylizację, to z pewnością nie można posądzić go o chęć wymuszenia akceptacji ze strony publiczności. Lambert godnie zastąpił Freddiego i choć jednogłośnie zgadzamy się, że Mercury to kultowy, historyczny materiał nie do podrobienia, to sam Adam spełnił swoją rolę na scenie. Nieczęsto pojawiał się na wybiegu, znał swoje miejsce, w odpowiednich momentach rozkręcał wrocławską publiczność i – co najważniejsze – nikt nie zaprzeczy jego wokalnemu talentowi.

Był to z pewnością jeden z najlepszych koncertów w historii Wrocławia. Publiczność była zadowolona, każdy z opuszczających Stadion czuł się spełniony i oczarowany brzmieniami legendy, które wywoływały arsenał emocji – od rozpierającej energii po dreszcz na skórze i wzruszenie.